Monika siedziała sama na podstarzałej, ale nadal wygodnej kanapie w mieszkaniu, które otrzymała w spadku po swojej mamie. Ile to już lat samotności… Ile to już czasu minęło… Miała sen. Bardzo rzadko miewała sny odkąd odeszła od Krzysztofa, a nawet jeśli już były, to takie nic nie znaczące. Ten był inny. Poruszył ją do głębi. Czuła się dziwnie. Te kilkanaście lat, które upłynęły od tamtego wydarzenia poświęciła na zapominanie. Tyle energii włożyła w wyrzucenie smutnych wydarzeń tamtego okresu ze swojej pamięci, że ktoś kto z dalsza na nią patrzył, mógłby powiedzieć, że całkiem dobrze się jej to udało. Teraz jednak wszystkie wspomnienia wróciły. Dawne rany znowu zaczęły się otwierać.
***Spod rozłożystego dębu wydobywało się jaskrawe światło i odbijało się od złotych liści jak od miliona luster. Tworzyło jaśniejącą łunę, która sprawiała, że drzewo jakby w niej znikało. Mimo takiego natężenia światła, Monika mogła na nie swobodnie patrzeć – nie oślepiało jej. Przez dłuższy okres czasu drzewo pulsowało jasno-złocistymi barwami, wydawało się, że żyje, a te przebłyski tworzyły ściśle określony wzór. Zdawać by się mogło, że w drzewie płynie krew, a te przebłyski to bicie serca. Nagle gdzieś z góry pojawiło się czarne „światło”, które zaczęło zaciemniać wszystko w około. Cały świat spowity był chwilę potem w ciemnościach, ale drzewo nadal świeciło pięknym światłem. Nagle na drzewo spadła błyskawica. Światło zaczęło się zmieniać ze złotego w srebrne, a potem w coraz bardziej blado-szare. Potem spadł deszcz i barwy stały się z powrotem złociste. Światło powoli zaczęło przełamywać ciemności. Wydawało się, że na świecie zaczyna się nowy poranek. Kiedy ciemności prawie ustały, nagle rozległ się przeraźliwy krzyk, rozdzierający do głębi. Drzewo zaczęło spuszczać liście, a pulsujące światło spod niego jakby się wzmacniało, ale nie mogło się rozchodzić, gdyż liści, pełniących rolę luster było coraz mniej. W pewnym momencie rozległ się jeszcze bardziej przejmujący krzyk. Drzewo rozdarło się na dwie części. Pod nim tlił się tylko niebieskawy płomyk. Nagle jedna z gałęzi zaczęła owijać się wokół rozdartego pnia, chcąc połączyć obie części. Jednak była zbyt słaba, aby złączyć pień z powrotem, ale na tyle mocna, drzewo nie upadło na ziemię. Niebieskawy płomyk przeniósł się na tą scalającą gałąź i stała się ona jakby ze złota. Światło z gałęzi zaczęło padać na ziemię i można było dopiero zauważyć małą sadzonkę brzozy pnącą się powoli w górę. Po dłuższym czasie zaczęła obejmować rozerwany dąb tak iż powoli obie części zbliżały się do siebie. Nagle dało się słyszeć delikatny, ale przejmujący do głębi głos: „Serce, serce rozdarte, ale nie umarłe.”***
Ten głos dźwięczał nieustannie w głowie Moniki i nie dawał jej spokoju. Myślała cały czas co to może znaczyć, ale w głębi duszy wiedziała doskonale. Nie chciała jednak dać za wygraną. Tyle czasu walczyła o zapomnienie, że teraz duma mówiła jej, iż nie powinna tak łatwo się poddawać.
Sen powtórzył się jeszcze dwa razy. Ostatni raz w wigilię dnia śmierci męża. Potem nie pojawiał się w ogóle, aż w przeddzień kiedy to spotkała swoją córkę Anię. Tego dnia była bardzo niespokojna, a sen jeszcze bardziej spotęgował jej niepokój. Była zła, że lód na jej sercu topnieje. Nie przypuszczała wtedy, że następnego dnia wszystko się w jej życiu zmieni.
I oto teraz znowu ten sen… Bała się następnego poranka. Co tym razem może się wydarzyć? Czy kogoś znowu zabraknie? a może ktoś się pojawi? a może coś całkiem innego… Bała się. Bała się, że jej obolałe serce więcej nie będzie potrafiło wytrzymać. Czuła się okropnie, a jednak w tej niepewności tliła się iskierka nadziei. Może będzie tak jak z Anią – powtarzała sobie ciągle. Ta myśl dodawała jej otuchy.
„Serce, serce rozdarte, ale nie umarłe” – powiedział głos.