Mijały dni, mama z córką spędzały z sobą coraz więcej czasu. Powoli pękały lody, które narosły w ciągu wielu lat. Właściwie od „spotkania” z tatą Ania stała się bardzo otwartą i wesołą dziewczyną. Musiała się jednak co dzień mierzyć z chłodem, jaki mimowolnie okazywała jej mama. Monika nie mogła sobie poradzić z tym wszystkim. Pogodziła się już dawno z faktem, że będzie tak jak jest i nic poza tym. Poza krótkimi rozmowami z sąsiadkami, z nikim nie zamieniała więcej niż jedno zdanie. Uważana była za osobę, która zawsze oczekuje konkretów i nie lubi rozwlekania jakichkolwiek spraw. Jednak pojawiła się Ania i musiała zmienić nieco swoją postawę życiową. Nie postępowało to wprawdzie w jakimś ekspresowym tempie, ale uważny obserwator jakim była Ania, zauważyć mógł pewne postępy. Często młoda dziewczyna chwaliła się Michałowi z tych drobnych postępów, jakie poczyniła jej mama. Niezwykle była z tego rada i to ją coraz bardziej dopingowało do działania.
-Mamo, mamo, niedługo Wigilia. Może zrobimy taką piękną kolację. I będą prezenty, i choinka, i takie ciepełko od kominka. Pamiętam jeszcze z bardzo dawna, takie właśnie urwane wspomnienia. Zawsze marzyłam o Wigilii w rodzinnym gronie. I Michał by był i może zaprosilibyśmy jeszcze rodziców Michała, o i ciocię Adelę. Jak myślisz mamo? Byłoby cudownie. Wszystkim się zajmę, tylko chciałabym, abyś była ze mną. Proszę.
-Aniu przecież wiesz, jakie mam zdanie na ten temat. Żadnych wigilii i tym podobnych bzdet. Ludzie składają sobie tylko jakieś durnowate życzenia, które nijak nie mają pokrycia w rzeczywistości. Jaki tu klimat, tylko komercja i napychanie kieszeni ludziom, którzy święta mają głęboko gdzieś, ciężko zarobionymi pieniędzmi. Święta to fikcja i bajeczki dla małych dzieci. Koniec rozmowy na ten temat.
-Ale mamoooo, proszę zrób to dla mnie. Rozumiem ciebie i tą gorycz, która przez ciebie przemawia…
-Jaką gorycz, no jaką, mnie tylko denerwuje to całe marnotrawstwo i tyle.
-Dobra, dobra, niech ci będzie, ja i tak swoje wiem.
-Oczywiście, terefere.
-Mamooo. Możesz sobie mówić, co chcesz, ja i tak przygotuję tą wigilię i będzie mi bardzo przykro jak nie będzie ciebie ze mną.
-Aniu, ale przecież wiesz, że nie cierpię tłumów.
-Nie będzie żadnych tłumów, obiecuję, tylko, hmmm, 5… 6, yyy, 15 osób.
-No chyba zwariowałaś, ja nigdzie nie idę.
Na tym rozmowa się urwała. Ania więcej nie napierała, czasem tylko coś wspomniała, a przed samą wigilią uroczyście ją z Michałem zaprosiła, dodając, że nie będą nic robić na siłę i drzwi stoją dla mamy otworem, wystarczy zadzwonić, a Michał zaraz przyjedzie.
Mama nie skorzystała jednak z zaproszenia, jak zawsze ten dzień chciała spędzić w samotności. Ania na przygotowanej Wigilii jednak nie czuła się dobrze, około godziny 21:00 postanowiła przyjechać z Michałem do mamy. Pożegnali się z pozostałymi, a rodzicom Michała delikatnie powiedzieli o co chodzi. Ci nie protestowali, a nawet zachęcali ich aby się szybciej zbierali, bo niedługo będzie za późno.
Kiedy dotarli na miejsce Michał został w samochodzie a Ania weszła sama
Dryń, dryń…
– Kogo to o tej porze niesie.
Słychać jakieś nerwowe kroki za drzwiami. Pani Monika otwiera drzwi i z lekkim zaskoczeniem widzi za nimi swoją córkę.
-Mamo cześć, przepraszam, że tak późno, ale nie mogłam nie być dzisiaj i z Tobą.
-Aniu co tutaj robisz o tej porze? – powiedziała zaniepokojona mama – Wejdź, zmarzniesz, zimno dzisiaj.
-Ano zimno. Mamo Wesołych Świąt, proszę to dla Ciebie. – Ania wręczyła mamie mały pakunek, w złotym papierze z przyczepioną do niego zamiast wstążki zaschłą ciemnoczerwoną różą. – Wiem, ta róża tutaj nie pasuje, ale nie mogłam się oprzeć jak ją zobaczyłam na targu. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Monika nie wiedziała, co powiedzieć, zaskoczyło ją to wszystko. Miała, już zwrócić pakunek, że ona nie chce, ale ta różyczka… Nagle nie wiadomo, dlaczego, łzy napłynęły jej do oczu, pokazała tylko gestem Ani, aby poszła za nią dalej. Weszły razem do pokoju. Alicja usiadła na kanapie i kolejnym gestem zaprosiła córkę obok siebie. Kiedy Anna usiadła, jej mama w jednym momencie zaczęła płakać i mówić, mówić i płakać. To wszystko, co od lat dusiła w sobie, domagało się ujścia. Ile można dusić w sobie ból i udawać, że nic się nie stało, ileż można, a jednak. Dwadzieścia lat, to wystarczająco długo.
-Dlaczego on nie przyszedł, Aniu, dlaczego? Tyle dni czekałam. Wiesz, każde pukanie do drzwi i ten ból, że to nie on. Żeby, choć tylko się pojawił, nie musiałby nic mówić, żeby tylko przyszedł. Żeby tylko przyszedł… Aniu wiesz, czemu odsyłałam jego listy, bo chciałaaaam, żeby zrozumiał, że nie chcę listów, tylko jeeeeego, żeby tylko przyszedł. A on nic, tylko te listy pisał, kiedy mu pasowało, kiedy miał ochotę. A ja czekałam tyle lat, tyle długich samotnych dni i co, i zostałam sama, kompletnie sama. Co mi było z tego czekania, co mi było, tylko ból, smutek i żal. A teraz on tak po prostu sobie odszedł, odszedł i już nigdy nie przyjdzie, już niiigdy, rozumiesz, nigdyyyy…
Ania nic nie powiedziała, tylko przytuliła mamę mocno i tak siedziały obie może z godzinę, może ze dwie, obie całe we łzach.
-I co? On napisał, że ja lubię takie właśnie róże, czy jak?
-Nie napisał, ale dołączył do jednego z listów, które wysłał do ciebie, mamo. Skłamałam, ta róża nie jest z żadnego targu, tylko ona, to jest ta właśnie z listu taty.
-Naprawdę? Wysłał mi taką różę?
-No przecież mówię.
-Ech
-A może zajrzysz do pudełka? Zobacz, co ci ładnego kupiłam. – Ania powiedziała to lekko i z uśmiechem.
-Może później, to mi na razie wystarczy – i przycisnęła różyczkę do piersi.
-Uważaj, bo się rozsypie, w końcu ma już swoje lata – zażartowała Ania.